Na Skraju Czasu

Kto za tym stoi?

Ania i Grzesiek mają umiejętność zbliżania się do ludzi bez nachalnego nadskakiwania. Kupują nas uśmiechem, pojawianiem się w odpowiednim momencie, wiedzą, ciekawymi opowieściami. Ania kupuje nas swoimi ciastami i teorią, że właściwie żywi się słodkim. A figurę ma taką, że każda z nas o tym marzy. Grzesiek kupuje swoją kuchnią, której nie potrafię nazwać, ale na przywołanie wspomnień o niej moje kubki smakowe zaczynają wariować. Oboje kupili nasze dzieci tym, że nie traktowali ich jak dzieci, tylko jak równych sobie. Pozwalali zaglądać do garów, wysłuchiwali ich opowieści, wpuszczali do swojego świata. Nasze dziewczyny wspominają bezę Ani i to, że mogły szyć z jej materiałów. Na wspomnienia Grześka zaczynają mówić po węgiersku, wspominają łapanie świetlików w lesie i testy na Gagarina. Nie zdradzę Wam, co to. Trzeba tego doświadczyć i przeżyć. Jeśli Wam się uda.

Zdjęcie Ani i Grześka autorstwa Antoniny Dolanieckiej.

W „Na skraju czasu” Ania i Grzesiek żyją trochę obok rzeczywistości. Ania opowiada, że tak żyli zawsze, tylko próbowano ich bardziej lub mniej przypasować do czegoś, włożyć w jakieś ramy, nadać formę bardziej zbliżoną do „poprawnej”. Otrzepywali się z takich prób i z radością robili swoje. Coś wesołego, szalonego, żeby zaprzeczyć marazmowi wokół  i dobrze się przy tym bawić, przy okazji bawiąc innych.

Ania mówi: Ja jestem z tych, którzy wolą iść po równym, a góry podziwiać z daleka. Grześ góry lubi pokonywać i czasem mnie ciągnie za sobą. Wtedy sprzedajemy dom, w którym już zrobiliśmy kilkanaście przemalowań, rewolucji meblowych i ten dom mówi do nas błagalnie: „dajcie mi w końcu święty spokój”.  Idziemy pod górę, szukamy nowego. Wszystkiego: życia, miejsca na ziemi, nowych przyjaźni. I znajdujemy.  A potem po mojemu – po równym, do czasu kiedy… kolejny dom o litość błaga.  „Skraj czasu” może będzie już skrajem czasu, ale tego nie wiem na pewno. To nasze trzecie wspólne miejsce na ziemi. Jesteśmy małżeństwem 20 lat, poznaliśmy się w jeziorze, zamieszkaliśmy w wieżowcu, potem przeprowadziliśmy się do chatki z piernika na końcu geografii (północ Polski, nawet nie ma nazwy geograficznej, historyczna Natangia), a teraz wylądowaliśmy w lesie. Z lasu powstałeś w las się obrócisz. Może tak będzie ze mną.                                                              

Dzieciństwo spędziła, mieszkając w wielkim, drewnianym, pięknym domu w lesie, za kompanów, mając prócz rodziców, głównie zwierzaki – jeże, nietoperze, króliki, tradycyjne psy i koty. A potem duże miasto – Częstochowa, szkoła, Liceum Plastyczne, studia na Uniwersytecie Jagiellońskim i na Akademii Jana Długosza w Częstochowie. Studiowali razem: Ania rzeźbę, Grzesiek malarstwo.  Przez rok prowadzili studio fotografii artystycznej, bawili się w wywoływanie zdjęć.

Później wyjechali na koniec geografii. Ania mówi: „bo tam ładnie”. Trochę przypadek, a trochę szczęście do ludzi pozwoliły im znaleźć ciekawą pracę. Ania była dyrektorem Ośrodka Kultury, Grzesiek  uczył w szkole plastyki i wiedzy o kulturze.  Zajmowali się głównie dziedzictwem kulturowym tamtych pięknych terenów. Starali się, żeby ich projekty nie były nudne i oprócz rozwoju intelektualnego niosły ze sobą świeżość, radość.

Według Ani proces twórczy nie wymaga niezwykłego talentu – emocje i radość mu towarzyszące są często ważniejsze niż samo dzieło. Na Warmii jest pięknie, ale Ania opowiada, że marzła, surowy klimat, rodzina daleko, a wrażliwców nikła garstka. Tam trzeba mieć grubą skórę. Dosłownie i w przenośni. No i dom już błagał, żeby mu dać spokój.

No i przyszedł październik 2013. To leśniczówka ich kupiła. Oglądali wiele domów, ale jedynie ona miała w sobie duszę, nostalgię jakąś dawną, która ich wciągnęła. Może to dąb, dębisko rozłożyste właściwie, kawał korony otulającej podwórko, drewniany dom, stodoła i obora. I jeszcze ludzie – byli właściciele – szczerzy, naturalni, uczynni, serdeczni. Też we władaniu tego drzewa. Wierzący w jego dobrą moc.

Na początku mieszkali w trudnych warunkach,  po  harcersku, bo  inaczej   się   nie dało. Wiedzieli, czego chcą,  a jeszcze bardziej, czego nie chcą: układów, uwikłań, polityki, tej ciemnej strony życia, bez której niektórzy nie mogą funkcjonować. Dzięki pomocy rodziny, przyjaciół udało przywrócić byłą leśniczówkę do życia. Znaleźli wspaniałego, zdolnego i w lot rozumiejącego o co im chodzi (a nie było to łatwe) hydraulika.  Grześ remontował dom z tatą, który miał firmę budowlaną (teraz jest na emeryturze), pomagał też wujek, brat, a przy instalacji elektrycznej – były właściciel leśniczówki – elektryk.  Wystrój wnętrz to głównie dzieło Grzesia, Ania mówi, że tylko czasem coś zasugeruję albo pomarudzi. Doda siłacza-wąsacza w tiulowej spódnicy baletnicy decoupageowo nałożonego na PRL-owską szafkę.  Papierową panią w barchanowej XIX-wiecznej bieliźnie na metalową apteczkę.  Meble wybierali razem, czasem po prostu wpadali na nie na targu staroci, kupowali na Allegro, w IKEI. Część  z  nich to  Grzesiowe  drewniaki-cudaki.

Ich  pokój  to  największa  powierzchnia w domu, ale musieli na niej pomieścić łazienkę (wanna niedaleko łóżka, bardzo wygodne rozwiązanie, o ile ktoś nie bierze prysznica z rozmachem), Ani miejsce do szycia, dużą biblioteczkę (cała ściana jest zrobiona z książek), „szafę”- prowizoryczną garderobę na długiej rurze, która czeka na zlitowanie i pozbycie się części ubrań lub lepszy pomysł na ich upchnięcie.

Skraj czasu okazał się – zgodnie z nazwą, którą wymyślił Grzesiek, symbolicznym miejscem łączenia światów – byłego z obecnym. Historia wkroczyła do nich całkiem realnie – znaleźli podczas remontu na poddaszu papiery leśniczych prowadzone od 1928 do sierpnia 1939 roku. Ktoś schował pod dachem, czując oddech wojny, a oni w 2013 roku je znaleźli. A potem poznali rodzinę leśniczego, dla którego leśniczówka była zbudowana przed wojną. Niezwykle serdeczni, ciepli ludzie. Dostali od nich zeskanowane stare, piękne zdjęcia rodziny, spędzili razem kilka niezwykłych dni przy wesołych rodzinnych opowieściach. I Ania mówi, że na pewno spędzą kolejne. Przyjeżdżają do agroturystyki na spotkania rodzinne, a Ania i Grzesiek czują się z nimi jak z rodziną.

Agroturystykę prowadzą od 2 lat.  Bez specjalnych reklam, zabiegania o rozgłos, samo się dzieje. Lubią to miejsce, spokojne, ciche, jednocześnie w lesie i blisko wygodnej, mało uczęszczanej asfaltowej drogi. Mają blisko do Wielunia, nad Wartę, która na tych terenach ma chyba najpiękniejszy bieg – jest szeroka, wyspiasta, tworzy wielki łuk, prawie zawracając. Piękny dziki odcinek, piaszczyste plaże. Spacerkiem można dojść do Ożarowa – uroczej miejscowości z niezwykłym Muzeum Wnętrz Dworskich w ogromnym drewnianym dworze. Blisko jest do Olesna, Byczyny, Kluczborka – miejscowości z ładną architekturą. Ania wie, gdzie w zasięgu kilkudziesięciu kilometrów iść na lody, kupić pączki i dobrą kremówkę. Właściwie możecie dzięki niej odbyć podróż śladem okolicznych słodkości.

Na skraju czasu jest 8 miejsc noclegowych, kameralnie, to zbliża. Nie ma hałasu, nic nie rozprasza chcących odpocząć w głuszy. Nawet szczekanie psa… Ania i Grzesiek nie mają zwierząt, goście bardzo często przyjeżdżają ze swoimi. Nie chcieliby zamykać wtedy swoich, żeby patrzyły, jak inne korzystają ze swobody. Cieszą ich iskierki w oczach osób, które ich odwiedzają. To porozumienie bez słów, rzadkie w zabieganym świecie, Na skraju czasu zdarza się bardzo często.  Ulotne chwile, kiedy bardzo czujesz się CZŁOWIEKIEM. Dla Ani to najważniejsze w kontaktach – widzieć, że ktoś, kto przed nią stoi, nie ocenia, jest życzliwy, potrafi słuchać i mówić ważne rzeczy. Nie zdawkowe uprzejmości, wypełniacze, zamienniki, przykrywki prawdziwych emocji.  Ania mówi, że najbardziej lubi w swojej pracy, która łączy się tak bardzo z prywatnym życiem, że może pobyć z człowiekiem.  Takim prawdziwym.    To się czuje od razu. I rozmawia czasem do nocy. Naturalnie, po prostu, po ludzku, jak dawniej, bez mediów, Internetów. Potem trudno się rozstać, jak z przyjacielem. I przyjaciele wracają, mają ich coraz więcej. A oni poznają w leśniczówce kolejnych ciekawych ludzi.

Ani Ania, ani Grzesiek nie przepadają za zjawiskami i rzeczami powszechnie uznanymi za „ładne”, konwencjonalne. Ich dom to połączenie słodkiego z niegrzecznym, nieco rozczochrany eklektyzm. Nie boją się kontrowersyjnych połączeń – kiczu, od którego mogą rozboleć zęby, z surowym stylem chaty trapera, skandynawską ascezą (Ani tęskno do ascezy, ale targ staroci w Wieluniu nie pozwala, co chwila wracają z czymś nowym…) Lubią się bawić konwencjami, dopasowane meble w jednym stylu to nie ich bajka, choć niektóre surowe, męskie, skandynawskie wnętrza zdecydowanie Anię „kupują”. Czasem oczy muszą odpocząć od koloru. Mają w domu proste, surowe podłogi – oryginalne przedwojenne dechy, które udało się uratować, cyklinując w niektórych pomieszczeniach.  Grześ lubi drewno. W starych meblach, skrzynkach, częściach durnostojek różnych szuka nowych kształtów. Powstają szafeczki ze skrzynek na chudziutkich toczonych nóżkach od tralek, grube pnie  – stoliki na długich szczupłych odnóżach z listewek, wieszaki-dziwaki, proste, z okorowanych gałęzi.  Zrobił też wielki stół do salonu (a ja po cennych wskazówkach od Grześka również zrobiłam stół do kuchni! Dzięki Grzesiek!) i proste drzwi przesuwne z pobielonych desek.

Lubią kropki, nie da się ukryć. Są na kilku ścianach (tapety), czarnej zasłonce, zdarzają się na pościeli, talerzach i filiżankach. Nie mają żadnej rozsądnej przyczyny. Podobnie jak paski i literki na tapetach,  na kominku (Grzesiek sam go malował).    Są niedorosłe, bo bycie dorosłym bywa według Ani dosyć nudne i kojarzące się z  powagą majestatu i „niewypadaniem”. Poza ramy tego, co wypada. Lubią się bawić formą, językiem. Ania szyje przytulAnki i poduszAnki, stara się, żeby były niepowtarzalne, by zaskakiwały (nigdy do końca nie wie, co „wywinę” po zszyciu całości, tnie bowiem bez szablonów, szukając w materiale podpowiedzi kształtu).  To zabawa w szmacianego demiurga, nadaję formę leśnym dziwadłom, łącząc czasem stare z nowym, istniejące z wyobrażonym. I taki jest ten dom. Pełen niedopowiedzeń, dystansu do rzeczywistości,  do siebie samych. Zaskakujący szczegół, brak czegoś –  oczu u kury,  nogi  u lisokreta – ot, życie, nie zawsze jest piękne, ale bywa ciekawe.  Ania stara się nie tworzyć   na zamówienie, tylko „jak mnie co najdzie”, takie szycie bezstresowe najbardziej cieszy.

A to jej przepis na gęś:
Weź materię pół metra szeroką, nożyce, nić, igłę, nadzienie (moje – kulka silikonowa).  Tkaninę złóż na pół.

Jeśli masz rękę pewną, tnij, jak leci (ja tak robię): chudą szyjkę, okrągły brzuszek, z osobnego kawałeczka innej tkaniny wytnij trójkącik – dzióbek. Jeśli rękę masz wahającą się, nieposłuszną – bierz ołówek i rysuj na materii. Po wycięciu dwóch gęsich kadłubków doszyj dzióbkowe trójkąciki, zważaj, aby szew był po lewej gorszej stronie zwierza. Złóż teraz dwa kadłubki z dzióbkami prawą, piękniejszą gęsiową stroną do środka i zszywaj, zaczynając od brzuszka. Zakończ, zostawiając kilka centymetrów,  aby wywinąć gąskę na drugą, właściwą stronę. Pomóż sobie nożyczkami albo ołówkiem w nadaniu kształtu dzióbkowi. Nadziej, zszyj szwem krytym, albo jakim potrafisz, gęsi wszystko jedno, byle brzuszek pełny. Delektuj się, podziel z innymi. Może to przepis na życie?

Na Skraju Czasu

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. Więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij